Czy ja już opowiadałam, skąd wzięła się Melunia? Chyba nie... I nie chodzi mi o rozmnażanie się kotów ;)
Prawie cztery lata temu koleżanka z pracy namawiała mnie na wzięcie kota (sama ma dwa). Pokazywała dziesiątki zdjęć z różnych portali, przekonywała... Nigdy wcześniej nie miałam bliskiego kontaktu z kotami - poza dzieciństwem, kiedy próbowałam przynosić do domu znalezione koty, ale one zawsze wybierały wolność. W moim rodzinnym domu był pies - suczka Pinia, znaleziona w Sylwestra, uwielbiająca bezgranicznie moją mamę. Później miałam Hektora... Należałaby mu się osobna historia, ale teraz ma być o Meluni :)
Kasia zachęcała nadal... Trochę na odczepnego powiedziałam, że kiedy zobaczę kota, który powinien być mój, będę to wiedziała od razu.
I dzień czy dwa później stało się - zobaczyłam te zdjęcia:
To był MÓJ KOT :) Zadzwoniłam od razu i umówiłam się na odbiór - nawet Kasia była zaskoczona ;) Transport zapewniła inna koleżanka z pracy, Kalina.
Melunia w rzeczywistości była mniejsza, niż wynikałoby to ze zdjęć, zresztą nadal jest raczej małym kotem - utrzymuje wagę (w przeciwieństwie do mnie) 2,6 kg.
Pierwszy wieczór spędziła głównie pod szafką w kuchni, ale udawało mi się ją stamtąd wywabić pomponem na sznurku :) Przeznaczenie kuwety pojęła od razu, mimo że wcześniej nie miała z nią do czynienia.
Drugiego wieczoru wdrapała się do mojego łóżka i tak już pozostało, chociaż teraz nie wdrapuje się, tylko wskakuje jednym susem :) Obserwacja tego, jak zwiększa się jej "zasięg" skoków, była niezapomnianym doświadczeniem.
Teraz Melunia sypia ze mną - zaczyna od wskakiwania na mnie (szczególnie wtedy, kiedy leżę na boku) i "ugniatania" mnie, potem układa się obok mojej poduszki, najchętniej na mojej ręce :) Tylko poranny budzik ją denerwuje, tak jak mnie ;)